Serwis www.niedziela.be używa plików Cookies. Korzystając z serwisu bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na ich użycie. Aby poznać rodzaje plików cookie, cel ich użycia oraz sposób ich wyłączenia przeczytaj Politykę prywatności

Ciepłe myśli na belgijską niedzielę: „Jojo Rabbit” - czyli śmiech przez łzy, cz. 33

Ciepłe myśli na belgijską niedzielę: „Jojo Rabbit” - czyli śmiech przez łzy, cz. 33 fot. Kathy Hutchins / Shutterstock.com

Ciepłe myśli na belgijską niedzielę, czyli cykliczne spotkania przy porannej kawie

Agnieszka Steur

„Jojo Rabbit” - czyli śmiech przez łzy

Filmy są różne. Wiem, to nie jest odkrywcze stwierdzenie. Niektóre filmy są z nami tylko przez chwilę, zapewniają odrobinę rozrywki i potem odchodzą gdzieś w zakamarki naszej pamięci… a czasem nawet dalej. Wiemy, że taki film widzieliśmy, ale już nie potrafimy sobie przypomnieć, o czym on był. Są jednak takie obrazy, które zostają z nami na długo a wypowiedziane w nich słowa brzmią w naszych głowach, jeszcze wiele dni po opuszczeniu kinowych sal. Obrazy w pamięci pozostają żywe i można do nich wrócić, gdy na chwilę zamknie się oczy.

Dzisiaj chcę napisać kilka słów na temat jednego z takich niezwykłych filmów. Na seans „Jojo Rabbit” wybrałam się z mężem, ponieważ zaintrygował nas jego zwiastun. Byłam przekonana, że idę na komedię. Ponadto ciekawiło mnie, jak twórcom udało się w zabawny sposób potraktować temat, w którym do śmiechu nie ma kompletnie nic. Właściwie byłam bardziej przekonana, że z kina wyjdę zniesmaczona. Nic bardziej mylnego!

„Jojo Rabbit” to amerykańsko-nowozelandzko-czeski film z 2019 roku. Jest to satyryczna czarna komedia. Za scenariusz i reżyserię odpowiedzialny jest nowozelandzki twórca, Taika Waititi. Film jest adaptacją powieści autorstwa Christine Leunens pod tytułem „Caging Skies”. Jest to historia niemieckiego chłopca, którego jedynym marzeniem jest bycie idealnym patriotą i oddanie życia w służbie Hitlerowi, ponieważ akcja filmu rozgrywa się pod koniec drugiej wojny światowej. Koledzy z Hitlerjugend przyzywają chłopca Jojo (stąd tytuł filmu). Pewnego dnia główny bohater znajduje młodą Żydówkę, którą na strychu w ich domu ukrywa samotnie wychowująca go matka. Od tamtej chwili świat chłopca staje na głowie. Musi zmierzyć się, ze wszystkim, w co do tej pory ślepo wierzył, przede wszystkim staje twarzą w twarz ze swym zajadłym nacjonalizmem. Sprawy nie ułatwia mu jego wymyślony przyjaciel, którym jest nikt inny, jak sam Adolf Hitler.

Film zbiera dobre lub bardzo dobre recenzje. Jeśli już pojawiają się krytyczne słowa dotyczą one głównie tego, że naziści zostali przedstawieni w stylu komediowym. Jak już wspomniałam, również ja zastanawiałam się, w jaki sposób można ten temat pokazać z przymrużeniem oka. Nie, nie można i wcale nie jest on tak w tym filmie przedstawiony. To, co jest tam zabawne, to raczej satyryczne przedstawienie rzeczywistości w pewien dość specyficzny sposób. Trochę, niczym filmy „Monty Python’a”. Na twarzy pojawia się uśmiech, ale jest on pełen smutku, ponieważ właśnie w ten sposób obnażona zostaje prawda o nas ludziach. W tych żartach ukryta jest prawda, która czasem aż boli. To, co wydaje się być zabawne jest nieco przerysowaną rzeczywistością, ale nadal rzeczywistością. Nawet słowo „przerysowana” nie do końca tu pasuje. Film pokazuje, jak działają mechanizmy propagandy. Czym jest bezkrytyczne przyjmowanie tego, czym karmią nas media oraz władza. Jak powtarzane wystarczająco często kłamstwo, staje się „prawdą”, w którą wierzą tłumy. Do czego dochodzi, gdy człowiek przestaje samodzielnie myśleć. Na dodatek, gdy jest przekonany, że dokonuje własnych wyborów, które już dawno przestały być jego. No i oczywiście, jaką cenę trzeba zapłacić, gdy w końcu powie się „nie!”, „dość!”.

W filmie każda z postaci zasługuje na uwagę, ale chciałabym wspomnieć o trzech. Po pierwsze Roman Griffin Davis jest cudowny w roli Jojo. Jestem pod ogromnym wrażeniem zachodzących w nim przemian. Wspaniała jest również Scarlett Johansson jako Rosie, samotna matka wychowująca Jojo. Ciepła, cierpliwa i bardzo dobra osoba. Nie mogę zapomnieć o reżyserze, który wcielił się w postać Adolfa, wymyślonego przyjaciela Jojo. To przerysowana, histeryczna (to nie literówka, w filmie jest bardzo histeryczny) postać uosabiająca wszystko, co najgorsze w ślepym nacjonalizmie.

Na koniec chciałabym jeszcze zacytować słowa przyjaciela Jojo, który również jest członkiem Hitlerjugend. Gdy wojna się kończy, mówi do przyjaciela: „Wracam do mamy, potrzebuje jej tulenia”. Przecież właśnie tego potrzebują dzieci, nie walki o nierealne idee.
Widzimy się za tydzień... przy porannej kawie.

 

19.01.2020 Niedziela.be

(as) 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież